niedziela, 17 września 2017

Myślami przy jedzeniu... :D

Czas minął nam tak szybko. Dopiero przyjechaliśmy do USA, a już będziemy wracać do domu! Mało pisałam na blogu, ale naprawdę nie było ku temu warunków. Obiecuję, że po powrocie co jakiś czas będę pisała o wyjeździe! A do napisania jest aporo :)

Teraz zastanawiamy się, jakie będzie nasze menu na przyszły tydzień. Tak, o takich rzeczach dużo się myśli, kiedy nie ma się kuchenki 😁 Jesteśmy pewni, że zjemy tradycyjne, polskie schabowe....z kurczaka 😂 Na pewno zjemy też pizzę z Fiero! Pizza. Tutaj nie mogliśmy znaleźć bezglutenowej, więc nie próbowaliśmy.

Niedługo dodam wpis o ciekawym jedzeniu, jakie mieliśmy okazję próbować. Na przykład o chipsach Lay's o smaku cytrynowym!

Pozdrawiamy, kolejnym razem napiszemy już z Polski! 😁

czwartek, 7 września 2017

Trochę o ogniu w Yosemite ,)

Już ponad dwa tygodnie jesteśmy w USA, niecałe dwa pozostały nam do powrotu do Polski. Bardzo dużo się dzieje, a nie ma kiedy o tym pisać. Sporo także pozostawiam do książki. Właśnie siedzę nad brzgiem czyściutkiej rzeki, w której pływa Adrian. Dla mnie jest za zimno ;) Jest 9.40 i zostalimy w pewnym sensie uwięzieni. Ale zacznę od początku.
Wczoraj wyjechaliśmy z kempingu w Parku Narodowym Sekwoii, skierowaliśmy się w stronę Yosemite. Słyszeliśmy, że park ten się pali, ale mimo wszystko otwarty jest dla turystów. Jednak droga prowadząca na nasz kemping była zamknięta, więc nawigacja poprowadziła nas jakąś drogą żwirową, przez las. Już na początku tej drogi nie było zasięgu w telefonie, a w jej trakcie coraz mocniej przekonaywaliśmy się o tym, że jedziemy w stronę ognia. Ostatecznie nasze przekonania potwierdziły się, kiedy zobaczyliśmy przed nami ogromną bramę z napisem: droga zamknięta. I w tym momencie nasze auto odmówiło posłuszeństwa, a na wyświetlaczu pojawił się napis, że hamulce są niezdatne do użytku.... Nie wiedzieliśmy, jak daleko od nas jest pożar, ale nie ukrywam, że byłam przestraszona. Zwłaszcza, że wokół było pełno dymu. Na szczęście samochód odpalił po chwili i zawróciliśmy. Pojawił sie kolejny problem, nie wiedzieliśmy, gdzie będziemy spać. Na szczęście w informacji, którą przypadkiem minęliśmy i która była już zamknięta, był jeszcze pan i powiedział nam, że niedaleko jest kepming, na którym są wolne miejsca. Pojechaliśmy, ponownie żwirowną drogą, ale po jakimś czasie dotarliśmy do kempingu. Było jeszcze sporo miejsc wolnych, więc wybraliśmy jedno (osobno opowiem o tym, jak wspaniale w tej całej sytuacji pomógł nam Bóg), i poszliśmy popływać do rzeki, nad którą właśnie siedzę sobie teraz (jest plaża, piękna rzeka, wokół góry...).
Postanowiliśmy, że wstaniemy około 7, żeby pojechać zwiedzać Yosemite. Ledwo wstaliśmy, a przyszedł do nas sąsiad by powiedzieć, że jechał drogą wyjazdową i spadło na nią wielkie drzewo, więc nie jest przejezdna. Ale że można pojechać w przeciwną stronę, jest sporo dalej i droga dużo gorsza, jednak da się wyjechać. Po jakimś czasie wrócił ponownie. Nie da się przejechać tamtą drogą, bo jest w złym stanie, a poza tym pali się tam las. Rzeczywiście, dymu jest strasznie dużo wokół, na tyle, że od kilku godzin czujemy go ciągle (nie przyzwyczailśmy się do zapachu, jak to się dzieje częst, kiedy coś się długo wdycha). Nawet miejsca blisko nas są na tyle zadymione, że ciągle niewyraźne. Czekamy więc, aż ktoś przyjedzie i ściagnie drzewo z drogi. Pewnie nie będzie to łatwe, spadło ono z góry, przez drogę, aż do rzeki. Mamy ogromną nadzieję, że jeszcze dzisiaj uda się nam zobaczyć Park Yosemite! Dodam jeszcze, że nie jest tu niebezpiecznie! :)

EDIT
Nie dodałam wpisu od razu, jakąś godzinę po napisani go odblokowali drogę. Cały Park Yosemite był tak zadymiony, że naszą aktywność musieliśmy ograniczyć do jeżdżenia od punktu widokowego do punktu widokowego. I tak było pięknie!  :)

sobota, 26 sierpnia 2017

USa od początku i moje przygody z campingami ;)

Ostatnio malo się odzywam - tutaj i w mediach społecznościowych... Ale czas w Stanach pędzi jak szalony! Najpierw kilka dni w Los Angeles, kiedy wracaliśmy tak zmęczeni, że zasypialiśmy na siedząco, potem parki narodowe i brak zasięgu w telefonie... Postaram się teraz nadrobić zalgłości.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Hollywood, plaże i wieloryb, czyli pierwsze dni w Kalifornii! :)

Miałam napisać już przedwczoraj, wczoraj... Jednak byłam tak zmęczona, że zasypiałam na siedząco! Ale powody takiego zmęczenia za chwilkę zrozumiecie ;) Dzisiaj jednak napiszę dość krótko - rozpiszę się na pewno już we wtorek, kiedy to zacznie się masa godzin spędzanych w podróży! :) Wtedy opowiem o wielu kwestiach, które są dla nas dość zaskakujące. :)

Ze zmianą czasu nie mieliśmy najmniejszego problemu - podróż była tak wyczerpująca, że po przyjeździe do hotelu poszliśmy spać. A że akurat była to noc, przespaliśmy całą. Wstaliśmy rano wypoczęci i wyruszyliśmy zwiedzać Los Angeles. ;)

Pierwszego dnia chcieliśmy zobaczyć Santa Monica Pier i poleżeć na plaży. Jednak oboje uwielbiamy chodzić, więc plany się troszkę zmieniły - zamiast pojechać tam, przeszliśmy dużą część trasy na piechotę, poznając lepiej miasto. Po drodze spotkała nas też niefajna przygoda - na trzypasmowej drodze prawie potrąciło mnie auto. Przechodziliśmy przez przejście dla pieszych, a kierowca jadący na trzecim pasie nie zatrzymał się. Na szczęście Adrian pociągnął mnie do tyłu. Nie wiem, czy pisałabym ten post, gdyby nie on! :)


Ale przejdę do przyjemniejszych kwestii. Dzięki decyzji o pójściu na piechotę zobaczyliśmy też Venice Beach - według mnie najpiękniejszą z trzech najbardziej popularnych plaż w Los Angeles! Ogromne fale, piękna woda i lekki, przyjemny wiatr - to wszystko sprawiło, że zakochałam się w tym miejscu.

Potem poszliśmy już brzegiem oceanu, by zobaczyć bardzo zatłoczoną plażę Santa Monica. Spacer był mega przyjemny - zwłaszcza, że nigdy nie było wiadomo, czy kolejna nadchodząca fala sięgnie nam do kostek, czy powyżej kolan ;) A takie różnice między nimi były. Kocham fale, więc byłam mega szczęśliwa. ;)

Santa Monica to chyba jedna z najbardziej znanych plaż na świecie. Duże molo, na którym znajduje się park rozrywki robi wrażenie. Jednak  ogromna ilość osób, które zwiedzają to miejsce, bardzo utrudniała zwiedzanie. Czasem ciężko było iść koło siebie! Tłumy, tłumy ludzi, chcących mieć zdjęcie w każdym możliwym miejscu. Zrobiliśmy tego dnia koło 30 kilometrów na piechotę, więc po powrocie do hotelu nawet nie mieliśmy sił zjeść. Umyliśmy się i poszliśmy spać.







Na drugi dzień pojechaliśmy do Hollywood. Naszym pierwszym celem był słynny napis, widniejący na wzgórzu. Postanowiliśmy, że wejdziemy za sam znak. Droga była kręta, gorąca i wyczerpująca - jednak widok z góry wart był wysiłku. Cała panorama Los Angeles z charakterystycznie wystającymi wieżowcami, piękna panorama jeziora znajdującego się w Hollywood... Wszystko to zapierało dech! Jednak sama wspinaczka tam była  naprawdę  bardzo ciężka, przynajmniej dla mnie i dla mojej astmy.

Po zejściu z góry poszliśmy zobaczyć słynną Aleję Gwiazd. Ciągnie się ona przez wiele kilometrów i naprawdę ciężko jest odnaleźć kogoś konkretnego. Poza tym chodzą po niej tłumy ludzi, tak że ciężko iść przed siebie. No, ale znaleźliśmy Shreka i Myszkę Miki - to jest najważniejsze ;) Przy ulicy stały osoby, które namawiały na zakup wycieczek po okolicy. Sposoby tych osób były naprawdę ciekawe - zwłaszcza wymyślane na poczekaniu zniżki, które miały być wielką promocją tylko dla nas... O tym jednak napiszę w innym poście.






















Dzisiaj postanowiliśmy, że odpoczniemy. Dlatego też wybraliśmy się na Long Beach. Przepiękna, długa plaża, jednak fale były za małe! :) Po godzinie kąpiący się w ocenie poproszeni zostali o wyjście z wody, ponieważ wpłynął tam... mały wieloryb! Jak na moje oko, wcale taki mały nie był! :) Mam nadzieję, że udało się mu pomóc.








Dzisiaj uciekamy spać, ponieważ jutro idziemy do  Universal Studio. We wtorek jednak napiszę Wam post o tym, co nas tu zaskakuje, o naprawdę miłych i uczynnych ludziach oraz o kilku ciekawych zdarzeniach, których byliśmy uczestnikami ;)


czwartek, 10 sierpnia 2017

O kapeluszu, sandałach i planowaniu podróży do USA ;)

- Kochanie, pamiętasz jak byliśmy w Nowej Sarzynie i kupiłam sobie ten kapelusz na wyjazd do USA. Bo wiesz, nie chciałam go zgubić i położyłam w miejscu, w którym mi nie zginie. Ale nie pamiętam, co to za miejsce! Widziałeś go może? I te niebieskie sandały, w których byłam na pielgrzymce. Je też schowałam tak, żebym potem łatwo mogła je znaleźć. Myślę, że trzeba wyjąć te pudełka z szafy, może są pod nimi? Ooo, nie ma? To gdzie one są? - pakowanie się nie należy do najprostszych zajęć. Więcej czasu zajmuje mi znalezienie wszystkiego, niż włożenie tego do torby. Jednocześnie jest to bardzo przyjemna czynność - świadomość, że wszystkie zapakowane rzeczy wyjmę z tej torby w miejscu docelowym, w miejscu moich marzeń - to naprawdę wspaniała sprawa.

czwartek, 27 lipca 2017

O wspólnym (nie)mieszkaniu przed ślubem :)

Od dawna chciałam napisać ten post. Wspólne mieszkanie przed ślubem to temat bardzo popularny, często pojawiający się na forach ślubnych. Kiedy tylko zdarzyło mi się napisać komentarz, że ja i wtedy mój narzeczony nie mieszkamy i nie mamy zamiaru mieszkać razem przed ślubem, otrzymywałam ogromny odzew. Niestety nie były to przyjemne wiadomości.
Wiele osób pisało mi, że musimy się "przetestować", że nie jest możliwe, żeby być szczęśliwym z osobą, której nie poznało się dobrze (nie wiem, skąd założenie, że nie znamy się dobrze ;) ). Niektórzy atakowali mnie, wyzywając od głupich, nieznających życia osób, od ciemnogrodu... Serio. A ja nie napisałam nic poza tym, że nie mieszkamy razem przed ślubem. Nawet nie zdążyłam użyć żadnych argumentów... Nie jestem osobą, która atakuje innych dlatego, że mają inne poglądy. Ten post też nie ma tego na celu. Jednak chcę, by w gąszczu tekstów typu "musicie razem zamieszkać" pojawiło się też coś, co mówi o tym, że wspólne zamieszanie dopiero po ślubie jest naprawdę dobrym rozwiązaniem. ;)

poniedziałek, 17 lipca 2017

Gdzie na pizzę bezglutenową? ;)

Jakiś czas temu pisałam post o diecie bezglutenowej. Dzisiaj chciałam polecić Wam miejsce, gdzie można zjeść naprawdę pyszną pizzę bez glutenu! Jest to Fiero!Pizza. Pewnie wielu z Was pomyśli o tym, że widnieją oni w zakładce "Sponsorzy" i to dlatego o nich piszę. Nic bardziej mylnego! nie podjęłabym współpracy z nikim, kogo z czystym sercem nie mogłabym polecić. :)

Nasz przygoda z tym miejscem zaczęła się około trzech lat temu, kiedy szukałam miejsc, gdzie mogę zjeść coś bezglutenowego. Od razu wyskoczyła oferta pizzerii Fiero. Wybraliśmy się tam z Adrianem (wtedy jeszcze narzeczonym) i z naszym przyjacielem. I tak już zostało - od tamtego czasu jest to jedyne miejsce, gdzie chodzimy na pizzę.