poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Hollywood, plaże i wieloryb, czyli pierwsze dni w Kalifornii! :)

Miałam napisać już przedwczoraj, wczoraj... Jednak byłam tak zmęczona, że zasypiałam na siedząco! Ale powody takiego zmęczenia za chwilkę zrozumiecie ;) Dzisiaj jednak napiszę dość krótko - rozpiszę się na pewno już we wtorek, kiedy to zacznie się masa godzin spędzanych w podróży! :) Wtedy opowiem o wielu kwestiach, które są dla nas dość zaskakujące. :)

Ze zmianą czasu nie mieliśmy najmniejszego problemu - podróż była tak wyczerpująca, że po przyjeździe do hotelu poszliśmy spać. A że akurat była to noc, przespaliśmy całą. Wstaliśmy rano wypoczęci i wyruszyliśmy zwiedzać Los Angeles. ;)

Pierwszego dnia chcieliśmy zobaczyć Santa Monica Pier i poleżeć na plaży. Jednak oboje uwielbiamy chodzić, więc plany się troszkę zmieniły - zamiast pojechać tam, przeszliśmy dużą część trasy na piechotę, poznając lepiej miasto. Po drodze spotkała nas też niefajna przygoda - na trzypasmowej drodze prawie potrąciło mnie auto. Przechodziliśmy przez przejście dla pieszych, a kierowca jadący na trzecim pasie nie zatrzymał się. Na szczęście Adrian pociągnął mnie do tyłu. Nie wiem, czy pisałabym ten post, gdyby nie on! :)


Ale przejdę do przyjemniejszych kwestii. Dzięki decyzji o pójściu na piechotę zobaczyliśmy też Venice Beach - według mnie najpiękniejszą z trzech najbardziej popularnych plaż w Los Angeles! Ogromne fale, piękna woda i lekki, przyjemny wiatr - to wszystko sprawiło, że zakochałam się w tym miejscu.

Potem poszliśmy już brzegiem oceanu, by zobaczyć bardzo zatłoczoną plażę Santa Monica. Spacer był mega przyjemny - zwłaszcza, że nigdy nie było wiadomo, czy kolejna nadchodząca fala sięgnie nam do kostek, czy powyżej kolan ;) A takie różnice między nimi były. Kocham fale, więc byłam mega szczęśliwa. ;)

Santa Monica to chyba jedna z najbardziej znanych plaż na świecie. Duże molo, na którym znajduje się park rozrywki robi wrażenie. Jednak  ogromna ilość osób, które zwiedzają to miejsce, bardzo utrudniała zwiedzanie. Czasem ciężko było iść koło siebie! Tłumy, tłumy ludzi, chcących mieć zdjęcie w każdym możliwym miejscu. Zrobiliśmy tego dnia koło 30 kilometrów na piechotę, więc po powrocie do hotelu nawet nie mieliśmy sił zjeść. Umyliśmy się i poszliśmy spać.







Na drugi dzień pojechaliśmy do Hollywood. Naszym pierwszym celem był słynny napis, widniejący na wzgórzu. Postanowiliśmy, że wejdziemy za sam znak. Droga była kręta, gorąca i wyczerpująca - jednak widok z góry wart był wysiłku. Cała panorama Los Angeles z charakterystycznie wystającymi wieżowcami, piękna panorama jeziora znajdującego się w Hollywood... Wszystko to zapierało dech! Jednak sama wspinaczka tam była  naprawdę  bardzo ciężka, przynajmniej dla mnie i dla mojej astmy.

Po zejściu z góry poszliśmy zobaczyć słynną Aleję Gwiazd. Ciągnie się ona przez wiele kilometrów i naprawdę ciężko jest odnaleźć kogoś konkretnego. Poza tym chodzą po niej tłumy ludzi, tak że ciężko iść przed siebie. No, ale znaleźliśmy Shreka i Myszkę Miki - to jest najważniejsze ;) Przy ulicy stały osoby, które namawiały na zakup wycieczek po okolicy. Sposoby tych osób były naprawdę ciekawe - zwłaszcza wymyślane na poczekaniu zniżki, które miały być wielką promocją tylko dla nas... O tym jednak napiszę w innym poście.






















Dzisiaj postanowiliśmy, że odpoczniemy. Dlatego też wybraliśmy się na Long Beach. Przepiękna, długa plaża, jednak fale były za małe! :) Po godzinie kąpiący się w ocenie poproszeni zostali o wyjście z wody, ponieważ wpłynął tam... mały wieloryb! Jak na moje oko, wcale taki mały nie był! :) Mam nadzieję, że udało się mu pomóc.








Dzisiaj uciekamy spać, ponieważ jutro idziemy do  Universal Studio. We wtorek jednak napiszę Wam post o tym, co nas tu zaskakuje, o naprawdę miłych i uczynnych ludziach oraz o kilku ciekawych zdarzeniach, których byliśmy uczestnikami ;)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz