sobota, 26 sierpnia 2017

Campingi w USA na gorąco ;)

Ostatnio malo się odzywam - tutaj i w mediach społecznościowych... Ale czas w Stanach pędzi jak szalony! Najpierw kilka dni w Los Angeles, kiedy wracaliśmy tak zmęczeni, że zasypialiśmy na siedząco, potem parki narodowe i brak zasięgu w telefonie... Postaram się teraz nadrobić zaległości.
Nawet mój poprzedni post o Los Angeles był pisany przeze mnie w stanie tak dużego zmęczenia, że kiedy przeczytałam go ponownie już po publikacji, załamałam się jego poziomem!
Postaram  się teraz nadrobić, zaczynając od LA. Jak widzicie w poprzednim poście, odwiedziliśmy między innymi wszystkie najbardziej znane plaże - Santa Monica, Venice i Long Beach. Na tej ostatniej widzieliśmy nawet dziesięciotygodniowego wieloryba! Wpłynął do zatoki i nie mógł się biedak z niej wydostać. Oczywiście otrzymał wszelką pomoc. Z tych trzech miejsc numerem 1 jest dla mnie plaża Venice. Dlaczego? Jest przepiękna. Ogromne fale, które się tam pojawiają, porwały z sobą moje serce na zawsze! Santa Monica to jak dla mnie za bardzo zatłoczone miejsce - chwilami nie dało się przejść. Fajnie było zobaczyć, ale niekoniecznie chciałabym tam wracać. Kolejnego dnia odwiedziliśmy Hollywood. Zawsze marzyłam o tym, żeby wspiąć się za sam znak i spojrzeć na miasto zza tych wielkich, kilkumetrowych liter. Udało się nam tam wejść - choć dla mnie i mojej nieodłącznej towarzyszki astmy zadanie to nie było łatwe. Jednak widok, jaki był na górze, wynagrodził trud wspinaczki. Sama dzielnica Hollywood nie zachwyciła mnie. Na słynnym bulwarze były tłumy ludzi. Musiałam czekać dłuższą chwilę, żeby móc zrobić sobie zdjęcie przy gwieździe Shreka czy Myszki Miki. Przejście chodnikami było tak trudnym zadaniem, a nie wspomnę o wyszukiwaniu imion sławnych osób na słynnych, różowych  gwiazdach. Fajnie było zobaczyć te wszystkie miejsca, jednak jeszcze fajniej było uciec od tych tłumów. :) Odwiedziliśmy też Universal Studio - ten temat zasługuje na osobny post, i taki się pojawi. Napiszę tyle - było MEGA. Dawno nie bawiłam się tak świetnie jak tam! 
22 sierpnia zakończyliśmy nasz pobyt w Mieście Aniołow. Wynajęliśmy samochód - i tutaj nas spotkała niespodzianka. Zamiast zamawianego samochodu niższej klasy, dostaliśmy w tej samej cenie nowiutką, dużą Toyotę! Adrian się bardzo ucieszył - w końcu to on prowadzi to cudo. Mnie na początku było to obojętne, do póki nie przekonałam się, jak potrzebny jest nam tak duży i wygodny samochód! Ale o tym za chwilę. Po wynajęciu samochodu postanowiliśmy wyjechać z Los Angeles jak najszybciej, i zrobić niezbędne zakupy poza miastem. Wyjechanie stamtąd to naprawdę niełatwa sztuka... Sześciopasmowe drogi i ogromne korki. Ale mój mąż bezbłędnie dał sobie z tym radę. Zakupy zrobiliśmy w Walmarcie - bo tam można dostać wszystko. Od namiotu, w którym teraz siedzę i piszę ten post, poprzez prysznic turystyczny, garnek, czy wygodną gąbkę do namiotu. Wyposażeni pojechaliśmy do Josuha Tree. Jednak tej nocy nie dane było nam spać w namiocie! Pojechaliśmy na miejsce campingowe, na którym mieliśmy spać. Jest to bezpłatne, udostępnione przez BLM miejsce do spania. Kiedy tam podjechaliśmy, nikogo nie było, nikt akurat tam nie campingował. Zaczęliśmy się przygotowywać do rozkładania namiotu, kiedy... nasycał na mnie wąż! Byłam tak przerażona, że zamknęliśmy się  w samochodzie i tam spędziliśmy noc (choć spanie w samochodzie nie do końca jest legalne). Rano pojechaliśmy zwiedzać park, ale  o tym także będzie osobny post. Po przejechaniu ponad 150 km przez sam park, zwiedzeniu go, wyruszyliśmy w drogę do Wielkiego Kanionu. Jechaliśmy przez Kalifornię taką typową drogą, którą często spotyka się w filmach - drugą, prostą i pustą, prowadzącą przez pustynię. To było niezwykłe doświadczenie! Na zewnątrz było 44 stopnie... :D Wyszłam na chwilę żeby wyjąć z coś z bagażnika i naprawdę tego pożałowałam! :) Po kolejnych 400 kilometrach dojechaliśmy do campingu koło Wielkiego Kanionu. Jednak pod koniec trasy złapała nas straszna burza. Trwała ona całą noc, więc i tym razem nie było mowy o spaniu w namiocie! Spaliśmy w samochodzie! Podobnie jak wcześniej, tej nocy także budził mnie każdy najmniejszy ruch na zewnątrz. W głowie miałam masę historii związanych z tym, jakie zwierzę i w taki sposób nas atakuje. Nie sposób zasnąć z taką wyobraźnią. :D Średnio co godzinę odliczałam czas do wstania. O 5 rano obudziłam Adrianna i pojechaliśmy zwiedzać Wielki Kanion. Po dwóch nieprzespanych nocach była tak zmęczona, że nie jestem w stanie tego opisać słowami. Kolejny nocleg zaplanowaliśmy w tym samym miejscu, co wcześniejszy. Byłam przekonana, że tym razem muszę już dobrze spać! Nic bardziej mylnego. Mimo, że już koło 17 rozłożyliśmy namiot o umyliśmy się, rozpaliliśmy ognisko, zjedliśmy, mimo że znałam już to miejsce, ta noc była najgorszą ze wszystkich. Spaliśmy w końcu w namiocie. Jednak tej nocy temperatura spadła do 10 stopni! Było bardzo zimno, a obok namiotu słyszałam ciągle szelesty - więc z mojej wyobraźni zjadał nas jakiś wieki łoś czy niedźwiedź. Oczywiście pewnie chodziły tam małe zwierzątka podobne do wiewiórek, ale obudziłam Adriana o 3 i powiedziałam mu, że dłużej nie zniosę trwania tej nocy. Spakowaliśmy namiot jak najszybciej (było tak ciemno, a wokół przecież tyle niebezpieczeństw, zwłaszcza w mojej głowie) i pojechaliśmy do Arches. Bardzo spokojnie i powoli, zwiedzając po drodze wiele ciekawych miejsc. Kupiliśmy też po drodze grubą, ogromną kołdrę - więc namiot otrzymał ode mnie kolejną szansę. Siedzę właśnie w nim i piszę ten post. Na placu kempingowym są z nami bardzo sympatyczni Francuzi, których zaprosiliśmy, ponieważ brakło już dla nich miejsca. Mają dzieci, te dzieci chodzą i hałasują - i oby jak najdłużej! Każdy odgłos będę przypisywała właśnie im, a nie stadzie dzikich zwierząt,  których tu w sumie nie ma. Na samym, ogromnym campingu jest przynajmniej kilkanaście namiotów. Niektórzy są tutaj od kilku dni. Jeśli ich nic strasznego nie dopadło, to i ja uspokoję swoją wyobraźnię i spróbuję zasnąć i przespać tym razem całą noc. Dam Wam znać, jak mi poszło! ;) Jest cudownie, i mimo campingowej traumy, nie poddaję się, tylko cieszę tym, co niedawno było marzeniem, a co staje się prawdą. Niedługo postaram się napisać kolejny post. Sporo zależy od zasięgu, którego niestety nie ma tutaj często. Mimo, że mam kupioną kartę u największego amerykańskiego operatora. Spróbuję załadować kilka zdjęć - jeśli się uda to super, jeśli nie to będą pojawiać się na ig: naszetworczezycie  :)





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz